75 lat temu – 31 października 1945 roku – odbył się pogrzeb poległego w Powstaniu Warszawskim Andrzeja „Morro” Romockiego, dowódcy kompanii „Rudy” batalionu „Zośka”.

W swoim pamiętniku, matka Andrzeja – Jadwiga Romocka opisała poszukiwania ciała syna:
(…) Przeszukaliśmy domek, zwłok żadnych nie było, ale wokoło leżeli polegli powstańcy, żołnierze gen. Berlinga i Niemcy.
I moje przerażenie: który z nich?
Jak go rozpoznać?
Witold określał ubranie: panterka, pas wojskowy, koalicyjka (ojca). Długie do kolan gumowe buty. Tuż pod domkiem stanęłam. Witold rozglądał się.
Podszedł do mnie, mówiąc:
– To mniej więcej tutaj, przy tym łącznikowym rowie padł Andrzej – i urwał w pół zdania.
Zbladł i wielkimi, przerażonymi oczami patrzył na mnie.
– Gdzie? Który? Niech Pan mówi! krzyknęłam.
– Pan go widzi?
– Upewniam panią słowem honoru, że wśród tych leżących nie ma Andrzeja. Chodźmy nad Wisłę.
Nie odchodziłam, prosiłam aby powiedział mi prawdę.
W tym momencie nadeszli Janek z Henrykiem. Chcieli mnie oszczędzać, przygotować, przekonać się sami na pewno. Na wszelkie moje pytania słowem honoru upewniali, że wśród widocznych zwłok, Andrzeja nie ma.
Mróz był wielki, chłopcy ranni, trzeba było wracać.
Pożegnali mnie nieoczekiwanie i rozeszli się. Ja wróciłam i do zmroku szukałam…
18-go, w niedzielę była Msza Święta za chłopców moich w podziemiach Św. Krzyża. Zebrało się wielu kolegów.
Była też Pani Więckowska. Słyszałam szepty – i dziwne zachowanie się wszystkich wokół mnie.
Z kościoła poszłam sama na Solec. Na rozwalonych cegłach siedziałam w tym samym miejscu co w dniu poprzednim, przed rozwalonym domkiem. W godzinę później przyszli koledzy 8-10 osób z saperkami. Obecność moja ich zaskoczyła Tłumaczyli, że chcą odkopać Jurka, będą próbowali dostać się na piętro budynku Wilanowska 1. I przysłali panią Więckowską z prośbą, abym wracała do domu, bo zimno strasznie. Odmówiłam stanowczo zażądałam, aby mi powiedzieli prawdę, zapewniając, że wszystko wytrzymam i nie sprawię im kłopotu.
Po długich namysłach podszedł do mnie Witold i powiedział:
– Chcieliśmy sprawdzić i panią zawiadomić.
– Sprawdzę razem z wami – odparłam – mam do tego prawo.
– A więc dobrze – mówi Witold, matowym, zduszonym głosem – pani stoi na Andrzeju, a tu jest jego but!
But wystający z szarej ziemi, którego dotąd nie widziałam.
Boże miłosierny, ktoś przysypał Go ziemią, a Ty, Boże zlitowałeś się nad moją męką przez pięć miesięcy i doprowadziłeś mnie do Niego!
Chłopcy odkopali do połowy Andrzeja, wręczyli mi krzyż harcerski, odcięli koalicyjkę z odznaką Agrykoli, pokazali ryngraf z Matką Boską Ostrobramską, którego nie wzięłam – zostawiłam. Podali mi płócienna torbę, z której posypały się zupełnie świeże cukierki Wedla…
Żadnych dokumentów, ale tożsamość najzupełniej stwierdzona. Obawiałam się, że ktoś mu ukradnie buty, więc prosiłam, by dalej nie kopać. Zakryli Go blachą, ziemią i cegłą. Zostałam przy Nim do zmroku.
(…)
Zastałam kolegów, którzy zamówili trumny na czwartek 22-ego. Następnego ranka od świtu byłam na Solcu – i tak co dzień, do zmroku.
Towarzyszyli mi chłopcy, opowiadając szczegóły Ich walki – ich przeżyć, w których wszędzie był Jasiek, był Andrzej.
Mówili o nich z uwielbieniem, miłością, opowiadali rzeczy nieprawdopodobne.
Zaczęłam się rozglądać i szukać ludzi do ekshumacji – wtedy usłyszałam:
– Proszę nie szukać nikogo. Jaśka i Jędrka nikt obcy nie dotknie…
Wtedy zrozumiałam, kim dla nich był Andrzej i jak Jego i Jaśka kochali…
I myślałam:, dzięki Ci Jezu, że nikogo nie zawiedli – że wytrwali, bo byleś z Niemi Jezu Miłosierny – do końca. Tyś dawał Im siłę i moc”.
Źródło: Komitet Zośka i Parasol